września 01, 2026

Zaleszczyki - polska Riwiera

Zaleszczyki - polska Riwiera
Archiwalny portret polskiej Riwiery – Zaleszczyki w obiektywie mistrzów Poniższa galeria stanowi wizualne dopełnienie opowieści o dawnym, międzymiastowym kurorcie, stolicy polskiego winiarstwa i tętniącym życiem cyplu nad Dniestrem. Prezentowane kadry pozwalają przenieść się wprost do lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, gdy Zaleszczyki przyciągały wyjątkowym mikroklimatem, architekturą i niepowtarzalnym klimatem kresowego Prowansalu.

Na zgromadzonych fotografiach – m.in. autorstwa Maurycego Bäumera oraz wybitnego dokumentalisty Henryka Poddębskiego – utrwalono pełen przekrój codzienności i święta dawnego uzdrowiska:

Słoneczne plaże i Dniestr: Plażowicze zażywający kąpieli, wypoczynek nad brzegiem rzeki, meandry Dniestru i charakterystyczne krajobrazy doliny.

Architektura i przestrzeń miejska: Zabytkowy ratusz, reprezentacyjne wille, pensjonaty oraz miejskie uliczki, którymi spacerowali dawni kuracjusze.

Ludzie i portrety: Od pozowanych, odświętnych portretów mieszkańców w tradycyjnych strojach, przez charakterystyczne typy wiejskie, po swobodne, reporterskie ujęcia przechodniów i wczasowiczów.

To bezcenny zapis epoki – pełen światła, ludzkich emocji i autentycznego klimatu dawnej polskiej Riwiery.

Świat nigdy nie był czarno-biały - wprowadzenie do strony o utraconym raju II Rzeczypospolitej. Polacy z Kresów Wschodnich musieli szukać domów na Ziemiach Odzyskanych. Mieszkają między innymi w Jeleniej Górze. Ta strona ukazuje KOLOROWY ŚWIAT. Ten dawny, sprzed wojny i ten po...

Kiedy czarno-biała, zakurzona fotografia zyskuje kolory i głębię HDR, dzieje się coś niezwykłego. Dla jednych to jak kolorowy sen, w którym dawny świat II Rzeczypospolitej nagle staje się bliski, namacalny i żywy. To jest właśnie Polska! Tego nikt nam nie odbierze – tego obrazu utrwalonego w literaturze, na filmach i w głowach tych pokoleń.


Źródło: Archiwum fotograficzne Henryka Poddębskiego / Fotografie Maurycego Bäumera / Narodowe Archiwum Cyfrowe / Biblioteka Narodowa / polona.pl / Domena Publiczna / Prawa: Domena Publiczna (Public Domain). Opracowanie cyfrowe i kolorowanie HDR: Michał Rażniewski.

Więcej

września 01, 2026

Kresy

Kresy
Dlaczego Kresy?

(powieść o ziemi utraconej)

Moja strona od zawsze była opowieścią o Jeleniej Górze, otaczających ją górach, rowerowych wyprawach, światłach poranków i detalach codzienności. O patrzeniu. O próbie zatrzymania chwili. Z biegiem lat coraz częściej jednak łapię się na tym, że fotografując współczesne miasto, widzę coś więcej niż tylko to, co znajduje się przede mną. Widzę obrazy nakładające się na siebie – ślady ludzi, miejsc i światów, które już minęły. Może właśnie dlatego dziś tak mocno przyciągają mnie dawne Kresy II Rzeczypospolitej – Wołyń, Podole, Huculszczyzna, dawne miasta i miasteczka rozsiane między Karpatami Wschodnimi a Dniestrem. To nie jest przypadkowa fascynacja. Przecież moje miasto po wojnie stało się domem ludzi przesiedlonych zza Buga, z tamtych gór, dolin i kresowych ulic. W pewnym sensie ich pamięć zamieszkała tutaj razem z nimi. Dziś, będąc już na emeryturze, podróżuję inaczej niż dawniej. Możliwości fizycznych wypraw są bardziej ograniczone, ale pojawił się inny rodzaj wędrówki – podróż przez fotografie, stare filmy, dokumenty, wspomnienia i opowieści. Godzinami potrafię oglądać archiwalne materiały, dawne zdjęcia, przedwojenne przewodniki i kroniki filmowe. To właśnie tam odnajduję świat, którego nigdy nie mogłem dotknąć osobiście, a który mimo to stał mi się bliski. Bo fotografia nie kończy się na robieniu zdjęć.

Fotografia to także umiejętność patrzenia. Zachwytu nad światłem, krajobrazem, twarzą człowieka, starą ulicą, cieniem na kamienicy. To wrażliwość na piękno – zarówno to współczesne, jak i zapisane w starych kadrach. Sam fotografuję od lat, ale równie mocno uwielbiam oglądać prace innych fotografów – tych dawnych i współczesnych – którzy podobnie próbowali zatrzymać swoje emocje, swoją chwilę i swój świat. Kiedy oglądam przedwojenny film o dawnym Hirschbergu, widzę spokojne miasto pełne ludzi, którzy nie wiedzą jeszcze, że za chwilę wszystko się skończy. Te same place, te same ulice, które mijam dzisiaj. I nagle pojawia się dziwne uczucie – jakby współczesna Jelenia Góra nakładała się na dawny Hirschberg. Jakby obok mnie stali inni fotografowie, inni mieszkańcy, inni przechodnie.

A potem oglądam stary Lwów – pełen batiarskich piosenek, gwaru ulic, tramwajów, śmiechu i niezwykłego światła. I znowu mam wrażenie, że patrzę nie na historię, lecz na czyjeś prawdziwe życie zatrzymane tuż przed wielką zmianą. To właśnie wtedy zaczynam rozumieć, że fotografia jest czymś więcej niż dokumentem. To sposób łączenia światów. Świata tych, którzy musieli odejść z jednych miast, i tych, którzy przybyli do innych. Świata dawnych mieszkańców Dolnego Śląska i ludzi przyjeżdżających tutaj z Kresów Wschodnich. Dwóch historii, dwóch tęsknot i dwóch pamięci, które po wojnie spotkały się właśnie tutaj.

Moi dziadkowie opowiadali o świecie wielobarwnym – o sąsiadach różnych narodowości, o codzienności, która nie była jeszcze podzielona przez późniejszą historię. Długo słuchałem tych opowieści. Potem zacząłem oglądać stare fotografie i filmy. Aż w końcu zrozumiałem, że te wspomnienia w jakimś sensie stały się również częścią mojego własnego patrzenia. Dlatego na mojej stronie coraz częściej pojawiają się materiały „specjalne” – opowieści o dawnych Kresach, archiwalne filmy, stare fotografie, literackie opisy i dokumenty. Nie traktuję ich jako dodatku do fotografii. Dla mnie są jej naturalnym przedłużeniem. Bo czym innym są choćby przedwojenne Zaleszczyki – legendarna polska Riwiera nad Dniestrem? Oglądając film z 1937 roku, widzę świat niemal egzotyczny: plaże nad szerokim Dniestrem, dojrzewające morele i brzoskwinie, eleganckie pensjonaty, ludzi przyjeżdżających słynną Luxtorpedą z Krakowa i Lwów. Widzę miejsce pełne słońca, życia i przedwojennego uroku. A jednocześnie mam świadomość, że ten świat został brutalnie przerwany.

Podobne uczucie towarzyszy mi, gdy zagłębiam się w opowieści o Huculszczyźnie. Czytając Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego, niemal słyszę trembity niosące się po połoninach, widzę konie pędzące przez Czarnohorę i ludzi żyjących w rytmie gór, muzyki oraz dawnych obrzędów. To nie jest już tylko literatura czy etnografia. To gotowy obraz – pełen światła, kolorów, emocji i niezwykłej fotograficznej plastyki. I może właśnie dlatego te dawne światy tak mocno mnie dziś przyciągają. Nie przez politykę. Nie przez nostalgię samą w sobie. Ale przez ludzi, krajobrazy, estetykę i emocje zapisane w obrazach. Przez tę niezwykłą mieszaninę piękna i przemijania. Mam czasem wrażenie, że wszystkie te miejsca – Jelenia Góra, Lwów, Wołyń, Podole czy Huculszczyzna – łączy jedno wspólne spojrzenie. Spojrzenie ludzi próbujących zatrzymać swój świat choćby na chwilę: w fotografii, filmie, pieśni, opowieści albo pamięci. A ja, fotografując współczesność i jednocześnie zanurzając się w stare obrazy, mam poczucie, że dopisuję do tej historii własną warstwę. Może właśnie na tym polega fotografia. Nie tylko na patrzeniu. Ale na dostrzeganiu tego, co pomiędzy tym, co było, a tym, co pozostało.

Więcej

września 01, 2026

Poleska zaduma

Poleska zaduma
Kiedy piaszczysty, pstrzony cieniem sosnowych gałęzi gościniec wiedzie mnie ostatecznie w głąb poleskiej kniei, serce moje uderza żywszym, młodzieńczym tętnem. To znów te same Kresy, które od zarania dzieciństwa wrosły w moją duszę - dzikie, tajemnicze, pachnące żywicą i wilgotnym mchem. Z moich ukochanych Kuchar pod Drobinem drogi wiodą w różne strony świata, ale żadna nie ma w sobie tylu czarów, co ta prowadząca na wschód, ku mojej Rysi i jej mężowi Janowi, gospodarzowi tutejszych puszcz. Boru poleskiego nie da się porównać z żadnym innym. W połowie lata przyroda na obrzeżach Bronnej Góry nie tyle żyje, ile pije łapczywie słońce i żyzność z mrocznych, wilgotnych łon ziemi. Trawy pną się ku niebu w jakimś niewstrzymanym szale, łany paproci tworzą zielone oceaniczne roztocza, w których człowiek kryje się jak w borze dziewiczym. W powietrzu wisi oddech gorący, gęsty od zapachu żywicy, igłowia i spiekoty dnia. Czuć niemal bulgotanie soczystych sokiów w łodygach, czuć ten cichy, potężny puls ziemi, która w bezkresnej szczodrości wyrzuca z siebie zwoje ziół, purpurę poziomkowych kropel i aksamitne mchy.

A cóż powiedzieć o wodach poleskich? Nad Jeziorem Białym czas traci swoją ziemską miarę. Kiedy Jan i Rysia usadzili mnie na prostej, wyciosanej z jednego pnia łodzi, zwanej tu pytką, poczułam, jak gładka tafla wody wciąga mię w mistyczny zachwyt. Jezioro śpi spowite w pasma seledynu i różu zachodzącego słońca, które krwawą ścianą kładzie się na ścianie dalekiego lasu. Cisza tu jest tak głęboka, że słychać tylko miarowe Pluski wiosła i odległy krzyk dzikiego ptactwa, zrywającego się z sitowia.

Oto Jan, z bronią opartą o ramię, czujnym wzrokiem leśnika przebija mroki gęstwiny, spoglądając na podległe mu królestwo. Obok moja Rysia – promieniejąca, spokojna, wpasowana w ten surowy, a przecież tak piękny krajobraz. Chwile te, zatrzymane w mgnieniu oka, są dla mnie jak najcenniejszy balsam. Wracam do moich Kuchar pełna tego poleskiego szału kwitnienia, zabierając w duszy szum starych puszcz, opowieści leśne i ten nieuchwytny, wieczorny czar Jeziora Białego, który potem na zawsze osiada na kartach moich książek. Nota od Autora:

Od Redakcji / Słowo ode mnie: Powyższe wspomnienie jest stylizacją literacką przygotowaną na potrzeby mojej strony „Silva Rerum”. Powstało w oparciu o autentyczne fragmenty prozy Heleny Mniszek (m.in. jej opisy przyrody z powieści „Gehenna”), archiwalne fotografie oraz historyczne fakty z życia naszej rodziny - jej podróże z Kuchar na Mazowszu do córki Marii i zięcia Jana Fickiego, leśnika pracującego w rejonie Bronnej Góry i Jeziora Białego na Polesie.


Skany oryginalnych zdjęć autorstwa Jana Fickiego (i innych) wykonał Michał Rażniewski. Opracowanie cyfrowe i kolorowanie HDR © Michał Rażniewski.

Więcej

lipca 05, 2026

Jelenia Góra i Lwów

Jelenia Góra i Lwów


Dwa miasta. Jedna pamięć.

Czy fotografia potrafi połączyć miejsca oddalone od siebie setkami kilometrów i historią, która zmieniła losy milionów ludzi?

Kiedy fotografuję Jelenią Górę, coraz częściej mam wrażenie, że widzę nie tylko współczesne miasto. Widzę także dawny Hirschberg. Widzę ludzi, którzy kiedyś spacerowali tymi samymi ulicami. A jednocześnie słyszę opowieści o Lwowie, Kresach i świecie, który pozostał już tylko we wspomnieniach, fotografiach i rodzinnych historiach.

W nowym artykule piszę o pamięci, tożsamości, tęsknocie oraz o tym, jak fotografia pomaga łączyć światy rozdzielone przez historię.

📷 W artykule znajdziecie również wyjątkowe archiwalne filmy przedstawiające dawną Jelenią Górę (Hirschberg) i przedwojenny Lwów.

Zapraszam do lektury na mojej stronie. https://sites.google.com/.../fotograf.../jelenia-gora-i-lwow

👁️ Spojrzenie • 📷 Fotografia • ⏳ Czas • 🧳 Pamięć • 🕊️ Tożsamość • 🗺️ Historia • 🍂 Tęsknota

lipca 05, 2026

W drodze

W drodze


Nie potrafię żyć bez drogi. Nawet jeśli dziś jest ona krótsza niż kiedyś, prowadzi przez znajome ulice, ścieżki nad rzeką, podgórskie trakty – wciąż jest drogą. Z aparatem, z kamerą, z uważnym spojrzeniem. I z pamięcią.

Mieszkam w Jeleniej Górze. To moje miejsce na ziemi. Kotlina Jeleniogórska, zamknięta pierścieniem gór, przez lata była przestrzenią mojej pracy, pasji i codziennych wędrówek. Tu uczyłem się patrzeć – na krajobraz, na ludzi, na zmieniające się pory roku. Tu nauczyłem się także dokumentować rzeczywistość, zanim zniknie.

Zaproszenie

Polecam Państwu tę fotograficzną opowieść o Jeleniej Górze i jej okolicach. Projekt, który wymyśliłem w 2018 roku i który wciąż trwa. Niech te obrazy będą chwilą zatrzymania się, oddechu i spokojnego spojrzenia na miejsce, które wciąż potrafi zaskakiwać.

Ku pokrzepieniu serc

Fotografuję ku pokrzepieniu serc. Uzdrawiającą moc przyrody wyczuwa każdy z nas. A ja staram się oddać wiernie piękno i uroki mojej małej ojczyzny.

Michał Rażniewski fotograf, autor projektów dokumentalnych

Więcej

lipca 05, 2026

Pół wieku dla Jeleniej Góry

Pół wieku dla Jeleniej Góry


Mój cichy jubileusz.

Niedawno, bez kamer, oficjalnych przemówień i fanfar, minęła wyjątkowa rocznica. Równe 50 lat temu, w 1975 roku, uzyskałem swój pierwszy stopień instruktorski w narciarstwie alpejskim. Dziś, z perspektywy czasu widzę jasno, że nie była to tylko praca na stoku – to była trwająca pół wieku misja na rzecz mojego miasta, Jeleniej Góry, oraz całego regionu.

Początki były takie, jak u wielu ludzi z mojego pokolenia. Przez pierwszą dekadę łączyłem twardą rzeczywistość pracy w przemyśle z wielką pasją. W 1986 roku pasja stała się moim zawodem. Od tamtego momentu poświęciłem się całkowicie wychowaniu sportowemu dzieci i młodzieży oraz współtworzeniu jednej z najstarszych szkół narciarskich w Polsce.

Od początku do samego końca działalności Szkoły Narciarskiej i Sudeckiego Klubu Sportowego „Aesculap” stałem u boku moich rodziców – jej twórców. Pomagałem im budować ewenement na skalę krajową: bezpieczną bazę szkoleniową dla pokoleń jeleniogórzan. Łysa Góra była wyjątkowa, bo wznieśliśmy ją czynem społecznym, jako własność naszego stowarzyszenia. Mój wkład w rozwój narciarstwa i turystyki w regionie został po latach dostrzeżony przez Starostę Jeleniogórskiego, który uhonorował mnie nagrodą „Liczyrzepy”.

W 2018 roku przyszedł trudny moment. Z powodu choroby wieńcowej musiałem bezpowrotnie pożegnać się z bezpośrednim szkoleniem na śniegu. Infrastruktura klubu z czasem zniknęła, a zdrowie postawiło twardą granicę.

Jednak moja praca dla nas wszystkich trwała nadal. Przecież filmy, zdjęcia i artykuły tworzyłem dla Aesculapa i Jeleniej Góry przez całe życie. Zmieniła się jedynie forma mojej obecności. Dzisiaj, na emeryturze, kontynuuję tę wieloletnią misję w sposób niezwykle widoczny – promuję Jelenia Górę, jej turystykę i kulturę za pomocą moich autorskich filmów, fotografii oraz publikacji.

To, co po sobie zostawiam, to nie są tylko wspomnienia o nartach. To żywa, zamknięta w obrazach historia Szkoły, Klubu oraz samego miasta. Przepracowałem dla Jeleniej Góry i narciarstwa pełne 50 lat. Choć jubileusz minął cicho, ja dzisiaj po prostu się cieszę. Świętuję sukces ocalenia tej historii od zapomnienia.

Michał Rażniewski Sudety Zachodnie Historia Aesculapa

lutego 05, 2026

Moja droga twórcza

Moja droga twórcza


Od HTML-a pisanego nocami do sztucznej inteligencji.

Moja przygoda z tworzeniem stron internetowych rozpoczęła się około 2000 roku. Wtedy powstała moja pierwsza galeria fotograficzna – „Wędrówki z aparatem w plecaku”. Internet wyglądał zupełnie inaczej niż dziś: ręcznie pisany HTML, brak szablonów, brak automatyzacji, pełna kontrola nad każdą linijką kodu.

Nie byłem informatykiem. Byłem samoukiem – i to nie pierwszej młodości. Gdy tworzyłem swoją pierwszą stronę, miałem 47 lat. Uczyłem się sam, metodą prób i błędów, korzystając z edytorów Zajączek i Pajączek. Każdy element strony – tekst, zdjęcie, grafika, układ – był efektem ręcznej pracy. Internet tworzyło się wtedy „na piechotę”.

Wkrótce powstał serwis „Aesculap i Łysa Góra”, a równolegle prowadziłem bloga na Bloggerze, gdzie w klasycznej formie publikowałem aktualności pod hasłem „Co słychać w Aesculapie”. Później opanowałem WordPressa, który przez wiele lat był podstawą mojej pracy przy stronach autorskich.

Szczególną rolę odegrała Szkoła Narciarska Aesculap. Jako wieloletni członek wspomagający – również finansowo, na miarę skromnych możliwości – wziąłem na siebie wprowadzenie szkoły w XXI wiek w obszarze internetu. Tworzyłem i prowadziłem stronę, pisałem poranne komunikaty narciarskie, na które czekali miłośnicy Łysej Góry. Strona musiała być szybka, aktualna i użyteczna – i taka była.

Od 2012 roku prowadzę także fanpage „Zdjęcia Jeleniej Góry i okolic” (wcześniej Eskulap.Name), który stał się naturalnym przedłużeniem mojej działalności fotograficznej i dokumentacyjnej.

Przez lata była to klasyczna, czasem cierniowa droga twórcy-administratora: godziny spędzone nad klawiaturą, ręczna obróbka grafik, poprawki, testy, publikacje. Droga wymagająca, ale ucząca pokory i dająca ogromną satysfakcję – zwłaszcza wtedy, gdy udawało się osiągnąć efekty, z którymi nie radzili sobie nawet młodsi.

Przełom w wieku 73 lat

Przełom nastąpił teraz, gdy mam 73 lata. Po krótkim, intensywnym okresie zapoznawania się z narzędziami opartymi na sztucznej inteligencji – zaledwie półtora miesiąca – płynnie wszedłem w zupełnie nową technologię i nowe środowisko pracy.

I tu ważna deklaracja: kończę z tworzeniem stron na WordPressie. Dziś swoje nowe projekty buduję w oparciu o narzędzia AI. Za pomocą sztucznej inteligencji tworzę układy stron, grafiki, montaże (często na bazie własnych zdjęć), a także redaguję i porządkuję teksty.

AI nie robi nic „sama”. Trzeba jej podać sens, temat, kontekst, treść, materiały. Bez tego nie powstaje nic wartościowego. To nie jest magiczny guzik. To narzędzie – potężne, ale wymagające myślenia.

„AI robi coś za człowieka”?

Coraz częściej spotykam się z komentarzami w rodzaju: „AI robi coś za człowieka”. Czasem mam wrażenie, że padają one z nutą pogardy – często ze strony osób, które nigdy z takich narzędzi nie korzystały i nie mają pojęcia, jak one działają. Na razie mówią z przekąsem. Być może niedługo będą musiały same się z tym tematem zmierzyć.

Ja nie polemizuję. Ja pokazuję efekty.

Pokazuję, jak wygląda moja klasyczna strona na Bloggerze, tworzona latami, a jak wygląda strona zbudowana przy wsparciu AI – powstała w kilka dni. Obie stworzyłem ja. Różnica w pracochłonności jest wręcz niewyobrażalna.

Najlepszym przykładem są moje logo. Pierwsze powstawało z mozołem, kilka godzin pracy w „szopie”, ręczna obróbka, poprawki. Drugie – przy wsparciu AI – powstało w kilkanaście sekund. I nie, to nie jest wstyd. To jest postęp.

Doświadczenie nie znika. Ono pracuje dalej

Lata doświadczeń z HTML-em, ręczną grafiką i klasycznym webdesignem nie poszły na marne. Wręcz przeciwnie – dziś wykorzystuję je w nowej technologii w sposób rewelacyjny. Dlatego to przejście do świata AI przyszło mi tak naturalnie, a nawet – z radością.

Na koniec podjąłem jeszcze jedną decyzję. Zamykam komentarze na swoim profilu. Fanpage jest rozwojowy (ponad 7700 obserwatorów) i pozostanie aktywny. Nadal będę publikował zdjęcia, filmy i posty dla moich wiernych odbiorców. Zamykam jednak drogę do zaistnienia tam malkontentom, frustratom i hejterom.

Tworzę dalej. Spokojnie. Świadomie. Z doświadczeniem. I z technologią, która – odpowiednio użyta – daje twórcy nowe skrzydła.

stycznia 26, 2026

Helena Mniszek (Halszka)

Helena Mniszek (Halszka)
Wspomnienie rodzinne

(na podstawie zapisków Stanisława Radomyskiego)

Helena Mniszek, w rodzinie zwana Halszką, urodziła się 4 lutego 1880 roku w Kurczycach nad rzeką Słucz na Wołyniu (dziś obwód żytomierski). Spotyka się również inną datę jej urodzenia, jednak na płycie nagrobnej widnieje dzień 4 lutego 1880 roku.

Pochodziła z jednej z najstarszych rodzin szlacheckich ziemi mielnickiej – Mniszków Tchorznickich, znanej w źródłach od XV wieku. Ród ten wydał wielu ludzi zasłużonych dla kraju: duchownych, urzędników i wojskowych.

Otrzymała bardzo staranne wychowanie domowe, biegle władała czterema językami obcymi. W młodości często podróżowała po Ukrainie wraz z ojcem, Michałem Mniszkiem Tchorznickim, plenipotentem hrabiego Męcińskiego. Podczas tych podróży bywała w licznych dworach ziemiańskich, gdzie wsłuchiwała się w autentyczne, barwne opowieści gospodarzy – i tam dojrzewała jej wyobraźnia pisarska.

Od najmłodszych lat wyróżniała się zdolnościami narratorskimi, miała talent plastyczny i muzyczny, pięknie grała na fortepianie. Jej ulubioną lekturą była Trylogia Sienkiewicza, z której recytowała całe fragmenty z pamięci.

Zadebiutowała powieścią „Trędowata”, która przyniosła jej ogromną popularność. Książka stała się jednym z największych bestsellerów dwudziestolecia międzywojennego, doczekała się licznych wydań i dwóch ekranizacji filmowych. W latach poprzedzających I wojnę światową oraz w okresie międzywojennym Helena Mniszek należała do najpoczytniejszych polskich powieściopisarek.

Była dwukrotnie zamężna, matka czterech córek. Oprócz pisania prowadziła majątki ziemskie i pracowała społecznie. Ostatnie lata życia spędziła w Sabniach na Podlasiu, dokąd wróciła po wysiedleniu przez Niemców.

Zmarła 18 marca 1943 roku w Sabniach.

Stanisław Radomyski

Dopisek redakcyjny prawnuka

Ten tekst powstał na podstawie rodzinnych zapisków Stanisława Radomyskiego – krewnego Heleny Mniszek i świadka pamięci przekazywanej w rodzinie. Został opracowany i skrócony przeze mnie, jej prawnuka, z intencją zachowania zarówno faktów, jak i tonu osobistego wspomnienia.

Michał Rażniewski



Więcej

stycznia 17, 2026

Nowa strona

Nowa strona

Wstęp

Nie fotografuję dla statystyk ani dla pośpiechu. Fotografuję, bo nie potrafię przejść obojętnie obok miejsca, w którym żyję od dzieciństwa. Kotlinę Jeleniogórską znam nie z map, lecz z tysięcy spacerów – o świcie, w mgle, w deszczu, w słońcu. Aparat jest ze mną zawsze, ale zdjęcie powstaje dopiero wtedy, gdy światło i chwila zdecydują się współpracować.
To portfolio jest zapisem tej cierpliwości. I wdzięczności.

O miejscu

Prawie cała moja dotychczasowa twórczość obejmuje Kotlinę Jeleniogórską – skrawek Dolnego Śląska, który od lat nazywam swoją małą ojczyzną. Najczęściej kieruję obiektyw na Jelenią Górę oraz góry, które ją otaczają i współtworzą jej niezwykły charakter. To miasto i krajobraz, które nie narzucają się od razu. Trzeba się z nimi oswoić, a potem pozwolić, by same zaczęły opowiadać.

O idei

Przed laty poprosiłem rysownika, aby w prosty i nieco humorystyczny sposób przedstawił moją ideę fotografowania. Powstała grafika wędrowca – spacerującego po jeleniogórskim rynku, pod arkadami kamienic, z plecakiem, w którym czeka aparat i kamera. To w gruncie rzeczy autoportret.
Zatrzymuję się, rozglądam, patrzę na drogowskaz – i wiem, że za chwilę znów spróbuję uchwycić coś, co za moment może zniknąć.

Jak powstają te zdjęcia

Poświęcam wiele czasu na samotne spacery z aparatem i kamerą po moim mieście. To nie jest plan produkcyjny ani projekt „na termin”. Fotografowanie przypomina raczej polowanie – na światło, na nastrój, na chwilę. Czasem trzeba wrócić wiele razy w to samo miejsce i cierpliwie czekać na odpowiednie warunki pogodowe.
Dlatego to portfolio nie jest zamknięte. Będzie się powoli rozrastać. Nieregularnie, ale uczciwie wobec tego, co widzę.

Zaproszenie

Polecam Państwu tę fotograficzną opowieść o Jeleniej Górze i jej okolicach. To długi pokaz slajdów – projekt, który wymyśliłem w 2018 roku i który wciąż trwa. Niech te obrazy będą chwilą zatrzymania się, oddechu i spokojnego spojrzenia na miejsce, które wciąż potrafi zaskakiwać.

Moje motto: Ku pokrzepieniu serc

Fotografuję ku pokrzepieniu serc.
Uzdrawiającą moc przyrody wyczuwa każdy z nas.
A ja staram się oddać wiernie piękno i uroki mojej małej ojczyzny.

Michał Rażniewski
Fotograf, autor projektów dokumentalnych
Nowa strona:

Portfolio - zdjęcia 

 

stycznia 17, 2026

Między ziarnem a pamięcią. Moje aparaty fotograficzne

Między ziarnem a pamięcią. Moje aparaty fotograficzne


 

Na mojej stronie prezentuję autorskie fotografie Jeleniej Góry z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. To obrazy analogowe, które wyraźnie różnią się od współczesnych fotografii cyfrowych. Mają własną estetykę, własny rytm i klimat — będący połączeniem nostalgii, ziarna, pięknej głębi, ale i pewnej „niedoskonałości”. Dla jednych to wada, dla innych ogromna zaleta. Dla mnie — wartość. Do dziś bardzo się z tych zdjęć cieszę, bo mają charakter, którego nie da się podrobić presetem.

Szczególnie pasjonowała mnie fotografia czarno-biała, wraz z całym procesem jej powstawania. Wywoływałem zdjęcia w łazience. To był czas cierpliwości, zapachu chemii i magii obrazu wyłaniającego się na papierze. Wiem, że do tego już nie wrócę. Nie planuję kolejnych prac w ciemni. Z tamtych lat pozostało mi jednak sporo negatywów oraz czarno-białych odbitek, a także kolorowych zdjęć wykonywanych na filmach oddawanych do fotolabu. Być może jeszcze przyjdzie moment, by je wyciągnąć z szuflady.

I są jeszcze aparaty… ale o nich osobno. Zapraszam do mojego małego muzeum — miejsca, gdzie pokazuję więcej czarno-białych prac z wczesnych lat mojej fotograficznej drogi, głównie z pogranicza pejzażu miejskiego. Jelenią Górę zacząłem fotografować już w latach osiemdziesiątych — te zdjęcia również można znaleźć na mojej stronie.


Czym fotografuję?

Od 2007 roku jestem wierny systemowi Sony Alfa. Przez lata używałem m.in. lustrzanek Sony A100, A200 oraz A550. Od 2018 roku pracuję na aparacie Sony SLT-A68, którym wykonuję zarówno zdjęcia, jak i filmy. Korzystam z obiektywów: DT 3,5–5,6/18–70, Minolta 3,5–4,5/35–105, Minolta AF 100–300 mm 1:4,5–5,6 oraz Tokina AT-X 11–16 mm f/2.8 PRO DX II.

Równolegle fotografuję i filmuję bezlusterkowcami Panasonic GX9 i GH3, używając obiektywów Lumix G Vario 14–45 mm F3.5–5.6 ASPH, Lumix G Vario 45–150 mm F4.0–5.6 ASPH oraz stałoogniskowego Lumix G 25 mm f/1.7 ASPH. Ostatnio do zestawu dołączyły trzy niedrogie, chińskie obiektywy stałoogniskowe systemu micro 4/3: 7artisans 12 mm f/2.8, 25 mm f/1.8 oraz 50 mm f/1.8. To był w pewnym sensie powrót do przeszłości.


Analog wraca. Historia miesza się z teraźniejszością

Niekiedy wracam do fotografii analogowej. Korzystam z lustrzanki Minolta Dynax 800si, najczęściej ładując do niej filmy Ilford XP2 400/36 C-41. Z czasem odkryłem, że do bezlusterkowców można z powodzeniem adaptować niemal każdy stary obiektyw — wystarczy odpowiedni adapter. I wtedy historia naprawdę spotyka się z teraźniejszością.

Przez długi czas używałem także średnioformatowych aparatów analogowych oraz kamery na taśmę Super 8. W mojej kolekcji znajdują się m.in.:

  1. Mieszkowa Ercona z obiektywem Zeiss Tessar 1:3,5 f=105 — niezwykle solidny aparat na błony filmowe 6×9 i 6×6, produkowany w latach 1949–1956 przez VEB Zeiss Ikon Dresden.
  2. Seagull 4A — lustrzanka dwuobiektywowa wyprodukowana pod koniec lat sześćdziesiątych w Chinach (często uznawana za kopię Rolleiflexa), z obiektywem Haiou 31 1:3,5 f=75, format 6×6.
  3. Radziecka kamera QUARZ 1×8S-2 oraz projektor Ruś.

W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych fotografowałem także aparatami: Zorkij 4, Praktica VLC, Praktica LTL 2, Praktica PLC 2, Fed 5s, Exa 1b, Lubitel 166, Pentacon SIX TL, Start 66, a już po 2000 roku — krótko Minoltą Dynax 5.


Stare szkła, nowe życie

Po latach poszukiwań odkryłem to, czego naprawdę mi brakowało — możliwość ponownego używania legendarnych obiektywów Rokkor, z których korzystałem ponad 30 lat temu wraz z analogowymi Minoltami SR7 i SRT100. Na szczęście ich wtedy nie sprzedałem. Trzymałem je w szafie jak chomik zapasy na zimę. Dziś wiem, że to była dobra decyzja — współczesne obiektywy tej klasy kosztują majątek.

Manualne cudeńka wróciły do łask i robią świetne zdjęcia — trzeba tylko ustawić ostrość ręcznie. Testuję także stare radzieckie obiektywy: Jupiter 8, 9, 11, Industar 50 oraz Wołnę 9. Wszystkie te szkła, w erze bezlusterkowców, dostały nowe życie. Mocuję je do aparatów Panasonic za pomocą adapterów M39, M42 oraz Minolta MD na micro 4/3.

Szczególnie cenię Wołnę 9 oraz Jupitera 9 — ten ostatni, z piętnastolistkową przysłoną, oferuje niesamowity bokeh i doskonale nadaje się do portretów oraz detali wyodrębnianych z tła. Nic dziwnego, że bywa na Zachodzie określany mianem „taniego rarytasu”.


Kwintesencja. Seagull, Alpy i sens fotografii

Na zakończenie chcę wrócić do jednego z najpiękniejszych doświadczeń fotograficznych ostatnich lat — pracy z chińską lustrzanką dwuobiektywową Seagull 4A podczas dwóch wyjazdów do Austrii: do Kaprun na lodowiec Kitzsteinhorn oraz na Wysokoalpejską Drogę Grossglockner.

Fotografowanie analogowym średnim formatem w takich plenerach to doświadczenie zupełnie inne niż szybka praca cyfrowa. Każda klatka ma wagę. Każde spojrzenie w matówkę uspokaja. Aparat wymusza skupienie, zwolnienie tempa, uważność. Krajobrazy Alp — potężne, czyste, niemal nierealne — idealnie współgrają z analogowym obrazem zapisanym na filmie. Podobnie jak pejzaże Kotliny Jeleniogórskiej, które od lat pozostają moim fotograficznym domem.

To właśnie w takich momentach czuję, że fotografia nie jest tylko zapisem obrazu, ale obcowaniem z materią, światłem i czasem. Z aparatami, z którymi naprawdę chciałoby się spać w jednym łóżku.

Aparaty | Alpy | Stare zdjęcia Jeleniej Góry

stycznia 05, 2026

Miasto pośród gór

Miasto pośród gór

stycznia 03, 2026

AI – redaktor, korektor, grafik

AI – redaktor, korektor, grafik



 Kilka słów o moim pisaniu (i o AI)

Przez całe życie byłem przede wszystkim instruktorem narciarstwa, a nie publicystą, redaktorem czy pisarzem z dyplomem. Pisanie zawsze było dla mnie narzędziem, a nie zawodem – sposobem opisywania pracy, ludzi, wydarzeń, prowadzenia dokumentacji kursów, korespondencji, sprawozdań oraz treści na stronę internetową.
Tworzyłem różne teksty związane z działalnością SN i SKS AESCULAP – tak, jak potrafiłem, najlepiej jak umiałem.

Nie ukrywam: nie było to pisanie „profesjonalne” w sensie redakcyjnym. Brakowało mi warsztatu, wiedzy edytorskiej, a także czasu — bo moim zawodem było prowadzenie szkoleń narciarskich, a nie siedzenie przy klawiaturze. Przez chwilę myślałem nawet o wydaniu książki ze wspomnieniami ze Szkoły i Klubu, ale szybko zderzyłem się z realiami: koszty redakcji, korekty, składu… i temat odkładałem „na kiedyś”.

I wtedy… przyszła era sztucznej inteligencji.

Nagle okazało się, że mam do dyspozycji redaktora, korektora i językowego porządkowego w jednym. Narzędzie, które sprawia, że moje teksty od razu zyskują na przejrzystości, stylistyce i czytelności. To dokładnie ta pomoc, której przez lata mi brakowało — i na którą wcześniej zwyczajnie nie było mnie stać.

Żeby było jasne i uczciwie wobec czytelników:
👉 AI jest dziś moim redaktorem.
Treść, wspomnienia, fakty, doświadczenia są moje — forma jest wspomagana nowoczesną technologią.

Nie odziedziczyłem wprawdzie po prababci Helenie Mniszek literackiego talentu na miarę wielkich powieści 😉, ale dzięki AI mogę wreszcie opowiadać swoje historie czytelnie, spokojnie i bez walki z przecinkami.

Dlatego pod nowymi tekstami pojawia się ikonka AI — żeby nikt nie miał wątpliwości, kto pomagał je redagować.
A krytykom… cóż… niech przypną narty i pojadą dalej ⛷️😉

I to na razie wszystko. Dla mnie ta ikonka jest „certyfikatem” jakości. Kończę, bo oczy – od wpatrywania się w literki na monitorze – po prostu bolą…


 

marca 12, 2025

Pod światło

Pod światło